logo

ul. Roosevelta 17 | 90-056 Łódź | tel. (42) 636 68 38 | tel./fax (42) 636 06 19 | kontakt@dom-literatury.pl

Wizyta – porąbany monolog

Wizyta Kathariny Volckmer to książka bardzo dziwna, bardzo zabawna, bardzo straszna; można powiedzieć, że „porąbana”. Tak właśnie – porąbana, i to ostro.

Dorota Kotas w blurbie pisze, że Volckmer „rozbija beton (…) rozprawia się z wielką historią”, autorka Cukrów wskazuje również na „lekko autystyczny, nic nie robiący sobie z ewentualnej niestosowności bieg myśli”. Można znaleźć przecież wiele podobieństw między twórczością obu autorek – właśnie ton, pełen czasami dziwacznych skojarzeń, ale także pisanie o sprawach bardzo intymnych, „skandalicznych” i „oburzających”; bezkompromisowość poglądów i radykalność w ich wyrażaniu zbliża Volckmer do Kotas. Ale Niemka właściwie nieco bardziej wyzwala potok mowy, jej monolog pędzi i nie zatrzymuje się, zagarnia ze sobą wszystko, historię Niemiec i historię osobistą, wielką i wielką traumę, seks roboty oraz żydowskie penisy. Tak właśnie – bo Wizyta to książka dla osób, które lubią się „babrać” i które wiedzą, że w literaturze też o „babranie się” właśnie chodzi. Volckmer się babrze w poszukiwaniu odpowiedzi na postawione sobie, niezwykle trudne pytania.

Wizyta napisana jest w formie monologu pacjentki; to młoda dziewczyna, nieco znerwicowana, Niemka mieszkająca obecnie w Anglii. Monolog, skierowany do doktora Selingmana – porządnego, żydowskiego lekarza – pozostaje bez odpowiedzi, mówiąca nie potrzebuje bowiem sugestii ani podpowiedzi doktora – prowadzi się sama po siatce skojarzeń i obsesji. „Wiem, doktorze Selingman, że to chyba nie najlepszy motyw na takie rozmowy, ale właśnie mi się przypomniało, jak to kiedyś przyśnił mi się sen, że jestem Hitlerem” – tak rozpoczyna monolog pacjentka. Wokół Hitlera bezustannie będzie się tu krążyć, pozostanie on główną postacią monologu; jako obsesja i zarazem powód wyrzutów sumienia; obiekt złości, ale również dziwaczna, erotyczna fascynacja. W ten sposób posadzona na fotelu dziewczyna okazać się może całym narodem – nienawidzącym Hitlera i równocześnie zafascynowanym jego osobą – a terapia, którą doktora Selingmana dotyczyć musi wszystkich, którzy zechcą się w Wizycie zanurzyć (oraz innych, którzy nie znajdą w sobie na to odwagi).

Groteskowy monolog naprawdę przypomina to, co zwykło się czasami określać „wypowiedzią wariata”; to znaczy łączy ona rzeczy zupełnie (na pozór) ze sobą niepowiązane; tak jak ci prozaiczni „wariaci”, którzy w śladzie po przelocie samolotu widzą umyślnie rozpryskiwane nad nami, rakotwórcze chemikalia, tak bohaterka Volckmer zupełnie na poważnie analizuje kolejne elementy niemieckiej tożsamości. To, co łatwo nam w codziennym życiu zignorować i sprowadzić do absurdu, w powieści musi być wzięte na poważnie – i tak na przykład Volckmer analizuje kwestię chleba i w ogóle piekarni w Niemczech: „Moim zdaniem, to dopust boży za wszystkie popełnione przez nas zbrodnie: odtąd z kraju tego nie wyjdzie nic na podobieństwo zmysłowej bagietki lub wilgotnych muffinek z jagodami, jakie się tutaj serwuje. To jedna z przyczyn, które zmusiły mnie do wyjazdu: dalsze uczestnictwo w tym chlebowym kłamstwie było wykluczone”. Wszystko prowadzi pacjentkę w stronę Hitlera i Holocaustu – również chleb.

„Nie twierdzę, że naprawdę było mi żal Hitlera, zresztą – tak czy inaczej – wymazanie całej cywilizacji wyłącznie dlatego, że własne ciało wpędza cię w depresję, a ci ludzie reprezentują wszystko, czego w sobie nienawidzisz, jest czymś niedopuszczalnym – lecz mimo to ogarnęła mnie ciekawość dotycząca jego życia prywatnego”. Niechęć Hitlera wobec własnego ciała w pewien sposób stanowi pomost między nim a bohaterką właśnie – która sama jest pełna kompleksów i wątpliwości. „Kto by mi zabronił stać się jedną z tych kobiet, które przesiadują w eleganckich kawiarniach i o nic nie muszą się martwić? Panie doktorze, to byłoby jak zamieszkanie w cukierni. Wydaje mi się, że właśnie dlatego bogacze zawsze wyglądają, jakby dopiero co wyruchano ich robionym na zamówienie straponem, podczas gdy w sąsiednim pokoju ktoś inny prasował im świeżą pościel. I właśnie dlatego ich dzieci nie są takie brzydkie – bo tych ludzi autentycznie stać na potomstwo, bo te dzieci wiedzą, że mają prawo tam być”.

Inną, oprócz Hitlera, ważną dla monologu pacjentki postacią, jest pan Shimada – japoński geniusz, twórca seks-robotów. Kwestia ciała spełnia się u Hitlera w destrukcji, natomiast Shimada to twórca – autor seks-robotów, o których pacjentka wciąż rozprawia. „W telewizji pokazywali, jak opowiadał o tych małych seksmaszynach, które sam zaprojektował i stworzył – wydawał się taki nakręcony własną wizją. Jak jakiś współczesny zbawca, Jezus z chodzącym dildem. Wiem, że te roboty są przewidziane do zaspokajania seksualnych potrzeb typowych mężczyzn, ponieważ mężczyźni są z natury uprawnieni do tego, by zaspakajano ich potrzeby, ale czy tak trudno byłoby zbudować robota wyposażonego w elektronicznego fiuta?”. Treść może, owszem, szokować wrażliwszych czytelników, ale może również fascynować i bawić – tak jakby monolog bohaterki był jedynym i być może najwłaściwszym sposobem mówienia w naszym świecie, w którym wszelkie granice dawno zostały przekroczone (i w którym wciąż stawia się mnóstwo granic, zaciemnia przeszłość, relatywizuje różnorakie zbrodnie).

Volckmer pisze o Niemcach i Żydach w sposób bezpośredni, ale trafny – „Lecz po dziś dzień, panie doktorze, żyjący Żyd stanowi dla każdego Niemca przyczynę wielkiego podniecenia – w dzieciństwie nikt nas nie przygotował na coś takiego. Przywykliśmy wyłącznie do Żydów martwych albo zgnębionych, patrzących na nas w nieskończonych szarych fotografii albo z jakiegoś dalekiego wygnania, zawsze bez uśmiechu, podczas gdy my zaciągnęliśmy u nich wieczny głód. I naszym jedynym sposobem na wynagrodzenie było uczynić z was jakieś magiczne stworzenia strzelające na prawo i lewo elfim pyłkiem, o potężniejszym intelektach, ciekawych nazwiskach i nieskończenie bardziej interesujących biografiach”. Obficie cytuję, ale właściwie trudno inaczej – cała bowiem Wizyta to jeden, wielki cytat, poszczególne akapity jeżą się wręcz językową dezynwolturą i ciekawą grą skojarzeń, prowadzą nas w miejsca zupełnie niespodziewane. Wizyta Volckmer stanowi więc współczesną opowieść o lękach i traumach, które są z nami od prawie osiemdziesięciu lat. Współczesną w tym sensie, że szaloną, niepoprawną, wywrotową i śmieszną – stanowiącą głos młodego pokolenia, które nie okazuje się wcale wolne od cienia koszmaru – wręcz przeciwnie, musi się do niego na swój własny sposób ustosunkować. Okazuje się – podobnie zresztą jak w eseistycznej powieści Porządek dnia i książce Marcina Bałczewskiego Wzór – że skutki II wojny światowej są widoczne do dzisiaj, odznaczają się w naszej codzienności. Choć w powieści Francuza chodziło raczej o hipokryzję zachodu związaną z wielkimi biznesowymi markami, a u Bałczewskiego – o pamięć związaną z nieznanymi szeroko tragediami. Wizyta Volckmer stanowi zaś wiwisekcję psychicznego ciężaru, który pozostał po wojnie – w młodych Niemcach, ale nie tylko. Stąd wszystko dzieje się na kozetce, u terapeuty właśnie.